Przejdź do treści
InwestHubDla inwestora — bez reklam

Tim Cook i Elon Musk alarmują o rosnących kosztach w USA

Redakcja InwestHub · 26 czerwca 2026 19:04

Tim Cook, szef Apple, powiedział niedawno, że skala obecnych podwyżek kosztów to „stoletnia powódź”. Wskazał, że w swoich ponad 40 latach pracy nie widział niczego podobnego „w żadnym obszarze”.

Ostrzeżenie pojawiło się, gdy Apple przygotowywało się do podniesienia cen produktów. Firma starała się „zamortyzować” ogromny wzrost kosztów, ale jak podkreślił Cook, sytuacja zaczęła być „nie do utrzymania”. Chodzi m.in. o drożejące układy pamięci i elementy związane z przechowywaniem danych wykorzystywane w iPhone’ach, Macach, iPadach i innych urządzeniach.

Kilka chwil później Elon Musk, szef SpaceX i Tesli, publicznie wsparł tę ocenę. Na swoim profilu na X napisał, że także obserwuje „największy skok cen, jaki kiedykolwiek widział”. Musk udostępnił też artykuł „The Wall Street Journal” zatytułowany „The Data-Center Boom Is Sparking a Third Wave of Inflation”. Tekst wiązał rosnące koszty w gospodarce z rozbudową infrastruktury pod sztuczną inteligencję w USA.

W jednym z przedstawionych wykresów pokazano, że ceny konsumenckie oprogramowania komputerowego i akcesoriów wzrosły o około 15% rok do roku.

Apple nie podało dokładnie, kiedy podwyżki zaczną być odczuwalne, jak duże będą ani które produkty obejmą. Ta niepewność nie trwała jednak długo: 25 czerwca Apple ogłosiło podwyżki cen Maców i iPadów o setki dolarów.

Apple nie było w tym odosobnione. Inni duzi producenci urządzeń — w tym Hewlett-Packard, Dell i Nintendo — również podnosili ceny. „The Wall Street Journal” podał przy tym, że ceny układów pamięci i przechowywania wzrosły czterokrotnie w porównaniu z rokiem wcześniej, a popyt mocno się zwiększył.

To nie pierwszy raz, gdy liderzy technologii mierzą się z podobnymi wyzwaniami. Cook i Musk znają z autopsji wcześniejsze okresy niedoborów, skoki kosztów i zaburzenia w łańcuchach dostaw.

Dla inwestorów ten duet ostrzeżeń ma jednak jeszcze szersze znaczenie. Nawet jeśli inflacja nagłówkowa wyraźnie osłabła względem szczytu z 2022 roku, to wzrost cen potrafi „przechodzić” przez łańcuchy dostaw, uderzać w koszty firm i finalnie podnosić ceny dla klientów. W efekcie wartość pieniądza bywa „cicho” erodowana w czasie.

W USA ten problem widać też w porównaniach siły nabywczej pieniądza. Według Federal Reserve Bank of Minneapolis 100 USD w 2026 roku ma taką samą siłę nabywczą jak 11,74 USD w 1970 roku.

Jeśli rosną koszty w technologii, to jednocześnie przez wiele lat systematycznie spada realna wartość oszczędności. Dlatego część osób szuka ochrony poza gotówką i tradycyjnymi formami oszczędzania.

Jednym ze sposobów bywa inwestowanie w złoto. Cook i Musk nie mówili o tym bezpośrednio w swoich wypowiedziach, ale w kontekście ochrony siły nabywczej złoto często stawia się jako aktywo o ograniczonej podaży. W praktyce złoto bywa też traktowane jako „bezpieczna przystań” — w niepewnych czasach popyt na nie rośnie.

W ostatnich latach złoto rosło. W ujęciu ostatnich pięciu lat wzrosło o 126%. Szef JPMorgan Jamie Dimon mówił, że w takim otoczeniu złoto może „z łatwością” dojść do 10 000 USD za uncję.

Innym kierunkiem dla wielu inwestorów są nieruchomości. Gdy rośnie inflacja, często rosną też ceny nieruchomości, bo drożeją materiały i praca. Jednocześnie przy rosnących wpływach z najmu przychody z dzierżaw zwykle idą w górę, co pozwala „dostosowywać” wpływy do inflacji.

Wskaźniki cen domów pokazywały silny wzrost: w ciągu 10 lat indeks S&P Case-Shiller U.S. National Home Price wzrósł o 87%.

W tym samym czasie zakup domu może być trudniejszy, bo wysokie pozostają stopy procentowe, a bycie właścicielem wiąże się z obsługą najemców i naprawami.

Dlatego coraz więcej osób szuka alternatyw, takich jak finansowanie społecznościowe (crowdfunding) nieruchomości, aby wejść w tę klasę aktywów bez kupowania całej nieruchomości. Na rynku działają też platformy oferujące udziały w nieruchomościach wynajmowanych — z comiesięcznymi przychodami z najmu i rozliczeniami, które mają ograniczać konieczność wpłaty wielkiego wkładu własnego.

Ostatni wątek to dywersyfikacja. Wielu inwestorów podkreśla, że w czasach stresu rynkowego tradycyjne aktywa często poruszają się podobnie. Już samo to, że największe spółki są mocno skoncentrowane w indeksach, może zwiększać ryzyko.

Wskazuje się, że blisko 40% wagi S&P 500 znajduje się w dziesięciu największych spółkach. W dodatku wskaźnik CAPE (mierzy on relację ceny do zysków, ale uśrednionych w dłuższym okresie) nie był tak wysoki od czasów boomu dot-com.

Alternatywą dla części portfeli bywa sztuka. Podaje się, że rynek sztuki nowoczesnej i powojennej może mieć niską korelację z rynkiem akcji — a więc zachowywać się inaczej niż typowe instrumenty giełdowe.

Jako przykład podano aukcję z 2022 roku: kolekcja sztuki zmarłego współzałożyciela Microsoftu Paula Allena sprzedana w Christie's w Nowym Jorku za 1,5 mld USD, co miało być rekordem pod względem wartości kolekcji na aukcjach.

Na rynku funkcjonują też platformy umożliwiające inwestowanie w udziały w „blue-chip” dziełach sztuki (czyli obiektach postrzeganych jako szczególnie cenione i rozpoznawalne). Wymieniono m.in. Pablo Picassa, Jean-Michela Basquiata i Banksy. Podano, że platforma ma za sobą 27 udanych wyjść (successful exits), a łączne wypłacone środki przekroczyły 65 mln USD z całością wpływów, w tym z części kapitałowej.

W efekcie — niezależnie od tego, czy ktoś wybiera złoto, nieruchomości czy inne aktywa — wspólnym punktem tych rozważań jest ochrona siły nabywczej w świecie, w którym koszty potrafią rosnąć mimo osłabienia inflacji w liczbach z nagłówków.

Zobacz nasze centrum wiedzy o Sektory i technologia

▸ Komentarze (0)

Komentujesz jako Anonim. Bez konta, bez emaila.

Brak komentarzy. Bądź pierwszy/pierwsza — daj znać co myślisz.